NA01460A.gif (2317 bytes) Rumunia’98

 

Skład: Dorota, Mała, Paweł, Rado, Sęp, Smerf, Yeti, Ziemek, Żaba

Dzień pierwszy (11.07), sobota

Wreszcie nasz upragniony wyjazd. Plany, przygotowania, spotkania, doprowadziły do tej ulubionej chwili – jedziemy!!!.

Spotkaliśmy się na Dworcu Wschodnim w Warszawie. Ostatnie załatwianie formalności, ubezpieczenia i możemy ruszać. Wsiadamy w pociąg do Przemyśla

Dzień drugi (12.07), niedziela

Około godziny 6 jesteśmy na miejscu.

Pani w kasie autobusowej stwierdza, że autobus z Rumunii jeszcze nie przyjechał i następny do Suczawy będzie we wtorek rano.

Krótki szok. Co robić? Czekać, czy może próbować przebić się przez Ukrainę?

Okazuje się ,że za jakiś czas odchodzi autobus do Lwowa. Szybko wymieniamy złotówki na dolce, bo grzywnych (griwnich – ukraińskiej waluty) nie możemy tu dostać, i jedziemy na Ukrainę.

Polska odprawa na przejściu w Medyce przebiega sprawnie, natomiast Ukraińcy zaskoczyli nas. Przed podejściem do odprawy musieliśmy obowiązkowo wykupić ubezpieczenie (ok. 3$) które ,, ubezpieczało” nas w Ukrainie na 50$. Śmiechu warte.

Dojeżdżamy do Lwowa na dworzec autobusowy. Stamtąd jedziemy miejskim autobusem na stację kolejową. Autobus do którego wsiedliśmy trudno było nazwać autobusem. Jak żyję nie widziałem takiego. Stary, popękane szyby, w środku smród benzyny i do tego tłok. Przy tym wszystkim bardzo komicznie wyglądały czerwone zasłonki. Zza szyb autobusu mogliśmy ocenić Ukrainę. Bieda jest tym słowem które nasuwało się automatycznie.

Docieramy do dworca. Z ulgą opuszczamy nasz pojazd. Dworzec wygląda z zewnątrz bardzo ładnie. Jest to duży ładny solidny budynek, starego budownictwa. Przed dworcem małe rondo po którym poruszają się głównie Wołgi, stare autobusy i inne rodzime marki. Nigdzie nie można zobaczyć żadnej marki zachodniej. Niedaleko obok jeżdżą stare zrujnowane tramwaje. Ludzie poubierani są biednie. Budynki stare i zaniedbane, choć nie pozbawione uroku. Przed wejściem na teren dworca grupa taksówkarzy walczących o swoich klientów. Znajdując się nagle w tym kraju człowiek czuje jak gdyby przeniósł się o co najmniej 15 lat wstecz. Kupujemy bilety na pociąg do Černowców (Czerniowców) i w grupach idziemy zwiedzać miasto. Wymieniamy złotówki i część dolarów na grzywny. Kupujemy symbolicznie piwo lwowskie. Okazuje się być bardzo niedobre. W sklepach różnie. W części można kupić wszystko ale bardzo drogo, a w pozostałych są tylko podstawowe produkty żywnościowe. Najtańszą rzeczą w każdym sklepie jest... wódka. Jej cena nawet do trzech razy jest tańsza od takiego choćby ketchupu. Za zaledwie 1-2 grzywny można się tu porządnie uraczyć (1grz=0,5$). Chcąc się porządnie najeść postanawiamy wraz z Sępem, Yeti i Żabą udać się do baru. W środku pusto i niezbyt zachęcająco. Pani wyraźnie zaskoczona klientami zaczęła nam oferować coś do zjedzenia. Nie wiedząc o czym mówi zgodziliśmy się na wszystko. Zaraz dostaliśmy barszcz (ponoć ukraiński), a po nim licząc na drugie danie dostaliśmy chyba gulasz. Był w małej wazie i jego konsystencja bardziej przypominała zupę. Nie mogąc już zmieścić w siebie kolejnej porcji płynów zabraliśmy się na sałatki. Jak na złość Żaba wyczuł w nich pleśń. Nie wiedząc już co robić zaczęliśmy spożywać suchy chleb. Cały pobyt w barze umilił nam robak chodzący po ścianie.

Chodząc po mieście postanowiliśmy kupić pocztówki z widokami Lwowa. Panie w kioskach stwierdzały, że pocztówki oczywiście są i dawały nam karty pocztowe z reklamą papierosów L&M. W każdym sklepie były tylko takie ,,pocztówki”. Widać niema tu na nie popytu. Turyści są więc tu rzadkością.

Na bazarze urzekły nas cysterny z których wlewało się piwo i kwas chlebowy. Zwiedzając pawilony zaszliśmy do stoiska z elektroniką. Wśród dużej ilości zegarków, kalkulatorów stała pani operująca liczydłem. Jak się okazało jest to narzędzie nadal bardzo powszechne na Ukrainie.

Mimo iż miasto jest zniszczone to kamienice, kościoły, stare tramwaje, autobusy, skromnie ubrani ludzie i bazary tworzą bardzo ciekawy klimat. To miasto mimo wszystko może się podobać.

Po zakupie biletów okazało się, że jest jeszcze jeden pociąg, który odchodzi później, a na miejscu będziemy wcześniej. Gdy chcieliśmy wymienić bilety pani w kasie kazała nam przyjść z tymi biletami trzy godziny przed odjazdem pociągu. Gdy pojawiliśmy się w kasie tej pani już nie było. Za to inna krzycząc i gestykulując nie chciała tego zrobić. Dlaczego? Nie rozumieliśmy. Poszliśmy do innej kasy. Mimo iż siedziała tam inna pani gesty były wręcz identyczne z poprzednimi . Kolejne próby także spaliły na panewce. Musieliśmy więc jechać wcześniejszym pociągiem. Zebrawszy się w poczekalni wśród innych ludzi można było im się dobrze przyjrzeć z bliska. Byli tam ci ubrani lepiej, ci trochę gorzej, nędzarze śpiący na ławkach oraz matki z wygłodzonymi brudnymi dziećmi. Widząc ich wzrok utkwiony w naszym jedzeniu częstowaliśmy je czekoladą, piciem ,kanapkami. Nie gardziły niczym.

Wreszcie nadjechał pociąg. Przed wejściem do niego stała pani kontrolująca bilety i pouczająca gdzie kto ma się udać.

Weszliśmy do środka. Zostaliśmy mile zaskoczeni. To było coś w rodzaju kuszetek, poprzedzielanych ścianami (bez drzwi). Ucieszyliśmy się głównie dlatego, że możemy się wreszcie wyspać. W czasie, gdy zajęliśmy się rozpakowywaniem bagaży i przyrządzaniem jedzenia pani konduktor roznosiła koce, poduszki i wodę w butelkach. Ciekawe, że wszystkie te dodatki nie dotyczyły nas Polaków. Korzystanie z ubikacji nie należało do przyjemnych. Nie chcę tutaj opisywać jak może być to obrzydliwe i śmierdzące miejsce. Do ciekawszych należało natomiast rozwiązanie kranu w umywalce. Wchodziłeś i potrafiłeś 30 sek mocować się z tym dość dziwnym rozwiązaniem technicznym, aż wreszcie poleciało odrobinę wody.

Z mycia więc nici. Poszliśmy spać .Górne łóżka pozbawione były pasków zabezpieczających, za których dodatek też pewnie trzeba by było dopłacić. Przypinaliśmy się do łóżka własnym paskiem od spodni. Ale warto było.

Dzień trzeci (13.07), poniedziałek

Budzimy się. Pakujemy się i jemy śniadanie. Dowiadujemy się, że można tu dostać wrzątek. Przepychamy się przez kilka wagonów z naszymi kubkami aż dochodzimy do miejsca gdzie gruba mundurowa kobieta dała nam wrzątek. Nabraliśmy co chcieliśmy zapłaciliśmy i czekaliśmy na resztę. Pani zaczęła krzyczeć, że zabraliśmy więcej wody. To było już przegięcie. Kłamała. Nie chcieliśmy popuścić. Powiedziała, że do nas przyjdzie i odda resztę. Wróciliśmy. Zrobiliśmy herbatę . Za 15 minut przyszła gruba pani i stwierdziła, że teraz za późno bo już wypiliśmy dużo wody. Ręce nam opadły. Jak się później okazało tubylcy nie płacą za gorącą wodę...

Wysiadamy. To już Černovcy. Od razu znajduje się wielu taksówkarzy którzy oferują nam swoje usługi. Ci pierwsi oferują zdecydowanie za dużo. Na szczęście znajdują się inni-mniej drodzy. Pakujemy się w trzy stare Wołgi i z pełnymi otwartymi bagażnikami oraz plecakami przytroczonymi do dachu. Taksówkarz krótko mocuje się z kabelkami przy stacyjce i odjeżdżamy. Jesteśmy główną atrakcją dzisiejszego dnia w tym mieście. Jedziemy w kierunku granicy Rumuńskiej. Pan kierowca chętnie rozmawia z nami. Stwierdza, że Polska jest bogata i że nas na wszystko stać. Uspokajaliśmy pana, że wcale tak nie jest i że my jesteśmy tylko biednymi studentami. Nie mógł też odżałować, że u nich są tylko krajowe samochody i że w Polsce jeździ się na pewno tylko mercedesami...

Już granica. Z ulgą opuszczamy niezbyt pewny środek lokomocji. Panowie taksówkarze odjeżdżają. Granica wygląda strasznie. Jest to (od strony Ukraińskiej) początkowo długa droga, po której obu stronach rozciągają się szerokie pola. Nic tylko puste pola. Nagle na drodze wyrasta szlaban. Wokół kilka budek z artykułami spożywczymi i sfora bezdomnych psów. Za szlabanem pan z karabinem w ukraińskim mundurze. Chcemy przejść lecz okazuje się, że to nie jest przejście piesze...

Podjeżdża autobus turystyczny. Mogą nas odpłatnie przewieźć przez granicę, a nawet do Suczawy. Stwierdzamy, że za drogo. Czekamy dalej. Mija nas kilka samochodów, jednak żaden nie decyduje się nas zabrać przez granicę. Postanawiamy zapytać Ukraińca który tuż przed granicą na poboczu rozkręcał coś w swoim busie, czy nie zabierze nas na drugą stronę. Zgodził się dowieźć nas do Suczawy za 120$. Podziękowaliśmy. Tłumaczył się tym, że musi na granicy dać w łapę celnikom. Znowu czekanie. Samochód za samochodem i nic. Wreszcie podjeżdża następny autobus. Za 4$ od łebka zawiezie nas do Suczawy. Pakujemy się do środka, autobus pełen handlarzy. Niektórzy próbują nas namówić na przechowanie towaru przy przechodzeniu przez granicę .Za bramą dostajemy deklaracje do wypełnienia. Męczymy się z nimi jak na klasówce z języka rosyjskiego. Każą nam wysiąść. Ukraiński celnik pomaga nam jeszcze w ich wypełnianiu i mamy iść do hali. Sprawdzanie paszportów i już jesteśmy w rękach celników rumuńskich. Rumuńscy celnicy rozdali nam deklaracje( w trzech językach!!!) lecz zebrali je tylko od Ukraińców. Nam sprawdzono paszporty i odstawiono nas na bok gdy tym czasem Ukraińców sprawdzono dokładnie wraz z ich bagażami. Rumuńscy celnicy zaskoczyli nas nienagannym wyglądem i porządkiem jaki panował po ich stronie.

A więc wreszcie w Rumunii. Jedziemy do Suczawy. Zaraz po przejściu Granicznym zatrzymuje nas patrol straży granicznej i wyrywkowo sprawdza kilka paszportów. Znów jedziemy. Jeden z współpasażerów, tłumaczy nam ,że w samej Suczawie należy bardzo uważać gdyż grasują tam zorganizowane szajki obrabowujące podróżnych. Poza większymi miastami należy czuć się ponoć jednak bezpiecznie. Dojeżdżamy do Suczawy. Wymieniamy trochę dolarów i z pełnymi garściami banknotów (po wymianie 40 dolarów każdy otrzymał około 40 dużych banknotów, które nie chciały się zmieścić w portmonetkach).Ruszamy dalej. Łapiemy taksówkę, która dowozi nas na dworzec kolejowy. Gdy zapłaciliśmy za usługę i weszliśmy na peron okazało się, że to nie ten dworzec co trzeba. Trudno. Skoro już tu jesteśmy to można by coś zjeść. Wchodzimy do pierwszej lepszej knajpki i przy pomocy Rosjanina zamawiamy,, mici’’, czyli takie tam kotlety z mięsa jagnięcego. Nam oczywiście przypomniał się kawał o Rumunii i psach , stąd też podejrzliwie konsumowaliśmy te frykasy.

Po obfitym posiłku musieliśmy znów założyć nasze 30-kilogramowe garby i iść przez całe miasto w poszukiwaniu właściwego dworca. Pod dworcem starszy Rumun próbował nam udowodnić, że można zjeść wszystko (od trawy przez kwiaty aż po sznurek z tworzywa). Na koniec dostał od Sępa NRC-etkę i dał nam spokój. Gdy tylko zaczęło się ściemniać dworzec nagle ożył i na peronach pojawił się element typu:

,, jak nie chcesz by cię okradli to uważaj’’. Potem spotkaliśmy kilkoro polskich turystów, których właśnie okradziono .Na ich własnych oczach rozcięto plecak i zabrano im pieniądze.

Wreszcie pociąg. Udało się nam wywalczyć jeden przedział, który na 9 osób z plecakami był zdecydowanie za mały. W pociągu śmierdziało, co w połączeniu z naszym dwudniowym zapachem i serem, który zjełczał chyba już z tydzień temu (a mimo to niektórzy go jedli) dawało całkiem niezłą kompozycję. Spanie w takich warunkach to absurd.

Dzień czwarty (14.07), wtorek

Po kilku godzinach męki – przesiadka w Vatra Dornei? . Nowy pociąg jest pełen ludzi dlatego stoimy na korytarzu. Yeti postanowiła przespać się na półce z bagażami. Po przedziałach widać kilka naprawdę ładnych horcic. Zauważyliśmy też kilkoro dzieci bawiących się w kibelku brązową mazią. Gdy mieliśmy już wysiadać, jak przystało na kulturalnych ludzi, przepuściliśmy kilka kobiet z torbami, ale to był duży błąd. Pociąg nie robiąc sobie nic z tego, że właśnie wysiadamy po prostu ruszył. Musieliśmy skakać w biegu z dwóch metrów wysokości z ciężkimi plecakami. Ziemek aż się przewrócił.

Gdy wszyscy już wyskoczyliśmy pociąg się zatrzymał...

Ale co tam. Wreszcie jesteśmy na miejscu (Sacel). Teraz po prostu musimy iść.

,,Po prostu’’, a nie w tę i nazad jak to zrobiliśmy, gdyż mapy które mamy w ogóle nie pasują do terenu. Przez to wszystko musieliśmy dwa razy przeprawiać się przez rzekę. Na szczęście po drodze natrafiliśmy na ,, popas turista ‘’ i mogliśmy zjeść wreszcie śniadanie.

A potem niezłe podejście, przy którym brakowało tchu. Doszliśmy do polanki, gdzie Ziemek wpadł w błotko, a reszta zrobiła zapas wody. Potem znów w dół do potoczka, gdzie można się było wreszcie umyć i znów coś zjeść. Na przykład śmierdzący ser (fuj!).Odpoczywając zauważyliśmy przechodzącą w pobliżu kobietę. W jednej ręce trzymała dziecko, w drugiej spalinową piłę łańcuchową!!! Dalej brak jakiejkolwiek drogi, więc trzeba iść w górę przez strumień. Po dobrej godzinie podejścia, gdy wszyscy już zasypiali a Mała nawet rypnęła z plecakiem w wodę, zatrzymaliśmy się postanawiając przespać się godzinkę i ruszyć dalej w drogę. Na szczęście ,,dalsza droga’’ trwała tylko pięć minut , gdyż znaleźliśmy niezłe miejsce na nocleg. A więc gotowanie posiłku na ognisku, rozstawianie namiotów, mycie się i spanie. Ale tylko pozornie. Zaraz zerwała się burza z piorunami, które waliły jak stroboskop, i ze ścianą deszczu. Z obawy przed wystąpieniem wody ze strumyka Żaba przeniósł swój namiot dalej. Ci co nie przenieśli spali w tak nierównym terenie, że co chwila zjeżdżali w dół. Ta noc także nie była przespana jak należy.

Dzień piąty (15.07), środa

Po obfitym śniadanku ruszamy w górę, wzdłuż strumienia. Podejście robi się bardzo strome. Do tego przebijamy się przez gęsty las gdzie panuje duża wilgotność. Bardzo przydaje się do tego maczeta. Wreszcie mokrzy i brudni docieramy do bardziej wyrównanego terenu. Potem znowu pod górkę aż dochodzimy do zwalonych suchych drzew. Tamtędy to się dopiero fajnie szło. Nadal trudno jest nam powiedzieć gdzie jesteśmy, gdyż dróg, a co dopiero szlaków tu nie ma (i chyba nie było nigdy) a mapa to chyba przedstawia inne góry. Chwila odpoczynku. Mieliśmy dziś dojść do Pietrosula, lecz chyba się nam to nie uda. Zejście w dół po niezłym błotku. Nagle Pawłowi podwija się noga i upada. Przybiega Yeti z apteczką. Na szczęście pomoc nie jest potrzebna. Paweł może iść dalej choć boli go kolano. Wreszcie natrafiamy na jakąś drogę. Niestety kończy się ona po kilkuset metrach przepaścią w dół. Jeśli nie chcemy zawracać musimy zaatakować ostre i dość zarośnięte podejście. Decydujemy się na ten wariant i znów przebijając się przez zwalone drzewa, a nawet wspinając się po nich i czołgając się pod nimi zyskujemy wysokość. W takich właśnie warunkach nastąpiło spotkanie Sępa ze żmiją – na szczęście niegroźne. Dochodzimy do strumyka. Poimy się wodą i czekoladą a potem w górę. Zaczynamy powoli mieć dosyć na dzisiaj tej wędrówki. Zmęczenie i nie dospanie daje się we znaki. Jeszcze trochę błądzenia i gdy nadeszła mgła decydujemy się na postój. Część rozbija namioty a część rusza z butelkami w dół po wodę której wbrew przypuszczeniom tu nie było. Czerpanie wody leniwie wypływającej z zarośli po ziemi odbywało się wg prostego schematu:

1.połóż butelkę w trawę

2.przyciśnij ją butem z całej siły do ziemi

3.czekaj aż flegmatycznie płynąca woda napełni butelkę do około połowy

4.przelej zawartość do pustej butelki i od nowa

Zebranie ok. 10 l wody zajęło nam ponad pół godziny. Wchodząc na górę minęliśmy Małą, która szła się wykąpać... Chyba będzie się musiała wytarzać w tej trawie...

Potem obiadokolacja (Kus – Kus eksperymentalnie przyrządzone przez Yeti) i spać. Wcześniej mała sesja z zachodzącym słońcem.

Zasypiamy będąc pewnymi, że jutro to już na pewno zdobędziemy Pietrosul. Akuracik...

Dzień szósty (16.07), czwartek

Mglisto. Śniadanko i w drogę. A wcześniej z Yeti wyszedł pociąg do podglądania Smerfa który na szczęście tylko chciał nadać paczkę.

Schodząc niżej natknęliśmy się na chatę pasterzy z którymi zgodnie przeprowadziliśmy transakcję: paczka papierosów za duży kawał owczego? sera. Najśmieszniejsze było to, że za tyle jedzenia chcieli w zamian tylko jednego papierosa. Po zamienieniu kilka ,,słów’’ na temat naszej narodowości opuściliśmy tych miłych ludzi. Znów pewnie przez ponad miesiąc nie spotkają tu żadnego człowieka.

Znów podejście. Po drodze sporo końskich kości. Czyżby niedźwiedź?

Znów sporo mgły. Jak na złość zaczyna się deszcz. Akurat teraz gdy idziemy po grani i normalnie widoki były by piękne, nic nie widać.

Po pewnym czasie gdy jesteśmy już całkowicie mokrzy decydujemy się rozbić na przełęczy (ok.1800 m.npm.). Z trudnością przy dość silnym wietrze rozbijamy namioty i zaszywamy się w ich wnętrzu. Z przykrością stwierdzam, że z suchych ubrań mam tylko ostatnie spodnie i ostatnią parę skarpetek. Nawet śpiwór złapał trochę wody. Do tego zrobiło się nieprzyjemnie zimno. Siedzimy tak w namiotach, jemy i trochę drzemiemy. A deszcz pada i pada. Z błogiego snu wyrywa mnie pukanie do namiotu.

Żaba wpadł na pomysł, że można by zaatakować Pietrosul na lekko, bez plecaków. Wyglądam na zewnątrz- dupuwa. Zimno, mglisto i leje deszcz.

Żadne argumenty nie przemawiają za tym aby założyć mokre ubranie i iść z nimi. Jednak jest jeden. Jeśli zdobędą ten szczyt to jutro tam nie będziemy już iść i nie dane będzie mi już na nim stanąć. Przyłączem się do całej reszty choć zgnojone zimne ciuchy i nadal padający deszcz odciągają mnie od tej decyzji. Ruszamy w górę. Nie mogę iść tak wolno jak reszta. Aby mi było ciepło muszę przyśpieszyć. Dochodzę do rozwidlenia grani. Czekam ok. 15 minut i idę dalej. Nie wiem gdzie oni są. Nie mam mapy i idę w lewo. Z mgły widać wyłaniający się z dali chyba Pietrosul. Oddziela go jeszcze jedna warstwa gór. Nie sposób tam dojść w tej chwili. Za daleko a do tego spora mgła. Po prawej stronie spora przepaść. Decyduję się wrócić na pobliski szczyt. Wydaje mi się, że słyszę głosy ale tylko przez chwilę. Wiatr zagłusza wszystko. Wracam w dół. W oddali dostrzegam trzy namioty. Uff , nie zgubiłem się. Idę w ich kierunku, ale zaraz!!! Nasze namioty miały inne kolory. Patrzę w prawo, a po drugiej stronie góry też stoją trzy namioty. To nasze. Wchodzę do środka. Sęp z Pawłem mówią że tamci jeszcze nie wrócili. Gotujemy herbatę, zupki, aż wreszcie wrócili. Twierdzą, że byli na szczycie. Nie wydaje mi się to prawdopodobne. On był za daleko. Jednak twierdzą, że byli. No cóż. szkoda więc, że się zgubiłem i straciłem szansę wejścia na niego...

Nie przypuszczałem jednak, że za parę dni będzie mi dane na nim stanąć.. Okaże się, że oni byli na innym szczycie, choć już niedaleko od właściwego.

W jednym namiocie zaczyna przeciekać woda. Do tego w nocy zrywa się taki wiatr, że deformuje cały stelaż. Inne namioty kładą się pod naporem wichury. Ok. 5 nad ranem decydujemy się na ucieczkę w dół.

Dzień siódmy (17.07), piątek

Szybko pakujemy się. Zakładamy mokre ciuchy i chowamy się za skałę. Jest cholernie zimno. Pada deszcz, jest mgła i ciągle wieje. Ręce bez rękawiczek szybko grabieją. Schowani za skałą robimy sobie po łyku gorącej herbaty, zabezpieczamy ostatnie suche rzeczy przed wilgocią, jeśli jeszcze takie były i zakopujemy podgniłe ubrania i żywność. Uciekamy w dół. Śniadanie później.

Strome zejście. Jako, że szlaków tu nie ma idziemy wzdłuż strumienia. Jednak chodzenie ,,wzdłuż’’ szybko się skończyło. Po obu stronach potoku były tak gęste zarośla, że trzeba było schodzić dosłownie wodą. Zabawa jednak była przednia. Gdzie było można chodziło się po głazach, wzdłuż wodospadów, a gdzie nie było wyjścia po prostu szło się po kolana w wodzie. Początkowo oszczędzaliśmy jak mogliśmy przed zamoczeniem nasze spodnie i już i tak mokre buty, lecz potem było już nam wszystko jedno. Trzeba było tylko uważać na śliskie głazy, na których nieźle można było wywinąć orła i polecieć w dół. W międzyczasie spożyliśmy na kawałku płaskiej przestrzeni śniadanko.

Schodziliśmy tak jeszcze parę godzin. Najbardziej bolało nas to, że u góry wyszło słońce a my stamtąd uciekamy. Jeszcze kilkanaście razy przechodzimy wodę i docieramy do opuszczonej stodoły. Tu chowamy się przed deszczem i przy okazji zastanawiamy się co robić. Każdy ma oczywiście inne plany na przyszłość przez co nie łatwo osiągamy kompromis. Niektórzy są już tak źli na Rumunię, że chcą jechać na Węgry, inni znów jechać do wąwozu Bicaz, jeszcze inni chcą do Polski, Ktoś inny wygłasza opinię, że mamy już za mało pieniędzy na podróż po Rumunii. Normalnie dom wariatów. Zanim doszliśmy do wniosku, że tracimy czas na bzdurne gadanie minęło chyba z 45 minut. Dochodzimy do drogi która prowadzi w kierunku Borszy. Mijamy bramę parku narodowego, idziemy przez wioskę i oczom naszym ukazuje się sklep. Tutaj morale każdego uczestnika od razu poprawiło się. Ponownie sprawdziło się oklepane powiedzonko: ,, Polak głodny to zły’’. Z lepszymi nastrojami, pełnymi brzuchami i plecakami ruszamy dalej. Dochodzimy do drogi . Okazuje się, że właśnie odchodzi autobus do Borszy. W ostatniej chwili wsiadamy do niego i po20 min jesteśmy na miejscu. Rozglądamy się wokoło, zasięgamy języka i okazuje się, że kilka km stąd znajduje się kompleks turystyczny. Spotkaliśmy bardzo życzliwego i uczynnego nauczyciela francuskiego, który biegał w te i wewte, aby pokazać nam jak i gdzie mamy jechać. Pobiegł do swego domu i podarował nam własną mapę, a potem zaprowadził nas w miejsce gdzie należy oczekiwać na autobus (choć nie uprzedził nas, że autobus należy szturmować, by się do niego dostać). Był jednym z niewielu przykładów na to, że Rumuni doskonale porozumiewają się w wielu językach obcych. Ponadto są bardzo uprzejmym narodem. Są co prawda wyjątki, jak wszędzie. Napotkaliśmy wiele żebrzących o pieniądze dzieci których na żaden sposób nie mogłeś spławić. Jednak były to naprawdę biedne dzieci i bez obaw mogłeś im rzucić kilka drobnych, w odróżnieniu od żebrzących u nas cyganów, którzy naprawdę mają pieniądze i wykorzystują naszą dobroć i naiwność.

Stojąc i czekając na autobus spotkaliśmy kobietę, która pytała się czy nie spotkaliśmy mężczyzny z dwoma dzieciakami. Wczoraj ponoć wybrali się na Pietrosul i do dziś nie wrócili.

Wreszcie autobus. Gdy zatrzymał się nie zdążyliśmy nawet zrobić kroku a miejscowe kobiety ze swoimi tobołami już zajęły cały pojazd. Czekamy dalej. Po jakimś czasie udało się nam dojechać do Borszy Compleks.

Jest to miasto w całości nastawione na turystykę, które lata świetności ma już z pewnością za sobą . Kilka hoteli, parę małych sympatycznych sklepików, właśnie dokańczany śliczny kościółek, wyciąg krzesełkowy i mnóstwo kwater prywatnych. Mimo to turystów prawie nie widać. Wokół rozciąga się śliczna panorama gór. Gdy tylko zdążyliśmy zrobić parę kroków zaraz obiegły nas dzieci średnio po ok. 6-7 lat oferujące nam tanie kwatery. Co nas zdziwiło większość mówiła po angielsku. Nastąpiła walka o klientów.

Wybraliśmy ofertę dwóch dziewczynek. Zaprowadziły nas do piętrowego skromnego, lecz czystego i zadbanego domku, gdzie dostaliśmy dwa pokoje z łóżkami i balkonem, kuchnię do dyspozycji i możliwość korzystania z łazienki z wanną i co ważne z ciepłą wodą.

Po dokonaniu transakcji musieliśmy wrócić po plecaki. Towarzyszyły nam dziewczynki u których wynajęliśmy pokoje. Gdy doszliśmy do plecaków one gestykulując pokazały, że mogą ponieść nasze bagaże. Miło nas zaskoczyły, choć i tak nikt przecież nie pomyślał dać im swój plecak.

Z 30 -kilogramowym garbem nawet nie podniosły by się z ziemi...

Ale aby nie robić im przykrości jednej daliśmy i tak trochę ciężkiego arbuza a druga wzięła reklamówkę z zakupami. Gdy już na górze chcieliśmy każdej dać po 10 tyś lei wzbraniały się dość długo, że nie chcą. Gdy wcisnęliśmy im prawie na siłę słusznie należącą się zapłatę były na prawdę wdzięczne.

W pokojach wyrzuciliśmy zawartość plecaków i zaczęliśmy wszystko suszyć. W efekcie cały balkon był na różne sposoby poobwieszany w naszych ciuchach, tak, że brakowało na nim miejsca. Po zrobieniu kolacji, wykąpaniu się poszliśmy na słusznie zasłużony odpoczynek. Jutro 24 godziny dla słoniny, no i na wysuszenie ubrań i namiotów.

Dzień ósmy (18.07) , sobota

Po śniadanku. Zabraliśmy się za suszenie ciuszków. Rozstawiliśmy namioty i poszliśmy po zakupy. Sępowi i Żabie wpadł do głowy pomysł by wysłać Smerfa z pytaniem czy można rozbić namioty na podwórzu do gospodyni. Sęp przeczytał nieświadomemu Smerfowi zdanie: Przepraszam, gdzie tu można pożyczyć łódź wiosłową, a ten powtórzył to gospodyni, wszyscy wybuchli śmiechem.

W międzyczasie co pięć minut przybiegały dziewczynki i przynosiły ubrania, które co chwila spadały z balkonu na dół.

Potem postanowiliśmy wykorzystać wolny czas na zwiedzenie Borszy. Wjechaliśmy wyciągiem krzesełkowym na pobliski szczyt, lecz okazało się, że jeżeli nie chcemy stracić powrotnych biletów musimy zaraz zjechać na dół. Mimo wszystko warto było. Z wyciągu, którym jechało się dość długo, można było podziwiać bardzo piękne widoki. Zimą musi tu być raj dla narciarzy. Dużo tras zjazdowych a przy tym tanie porządne kwatery. Dziwię się, że niektórzy decydują się jeździć w nasze Tatry, gdzie zimą płacą bajońskie sumy za noclegi i za zjazdy na które trzeba się naczekać w długiej kolejce. Zdecydowanie polecam tańszą Rumunię.

Po zjeździe na dół udaliśmy się w kierunku kamieniołomu gdzie na olbrzymim oderwanym od ściany głazie skonsumowaliśmy kupionego wczoraj arbuza.

Wieczorem postanowiliśmy co robimy jutro. Zaproponowałem, że można by zostać tu jeden dzień i w tym czasie spróbować zdobyć Pietrosul na lekko. Rozwiało by to wszelkie wątpliwości dotyczące tego czy wcześniej byli na szczycie, czy nie. Z chętnych byli tylko Żaba i Yeti. Reszta nie wróżyła nam pomyślności i postanowiła, że pójdą z Sępem trochę się powspinać. Po ustaleniu szczegółów. Poszliśmy się położyć. Ogarnęła nas niezła głupawka i przez długi czas zamiast spać opowiadaliśmy sobie dowcipy. Wszystko zaczęło się od Yeti, która przyłapała dwóch męskich osobników na przymierzaniu damskich fig.

Już po północy, a rano trzeba wstać...

Dzień dziewiąty (19.07) , niedziela

,,Czwarta nad ranem...’’- ale sen już nie przyjdzie, bo trzeba ruszyć tyłki i iść w góry. Robimy śniadanko, dopakowujemy do plecaków jeden śpiwór, karimaty (na wszelki wypadek jak byśmy nie zdążyli przed nocą), camping gaza, i trochę jedzenia. Nie zapominamy również o apteczce z surowicą.

Ok. 5:00 stoimy na drodze i liczymy na jakiś środek transportu. Plan jest taki: jeśli nie dotrzemy do szczytu do 14:00 mamy zawracać. Pod górę trzeba podejść 1700 m., a niewiadomo też jak tam wyglądają szlaki.

Po 6:00 wysiadamy z autobusu we właściwej Borszy. Teraz musimy tu gdzieś znaleźć szlak. Pytamy panią w kiosku, chciała nam coś powiedzieć lecz z tyłu podszedł do nas pan i krzycząc i gestykulując chciał nam chyba pokazać drogę. Poszliśmy za nim lecz ten chodził w te i wewte jak gdyby chciał nam pokazać całe miasto lecz nie szlak. Po kwadransie gdy doszliśmy do wniosku, że pan jest lekko niezrównoważony opuściliśmy go cicho. On nawet nie zauważył naszej nieobecności bo szedł jeszcze długo mówiąc do nas. Wreszcie trafiamy na szlak. Błądzimy między domkami, taplamy się w błocie, przechodzimy przez prywatne płoty, ale co śmieszne nie zbaczamy z drogi, bo tak przeprowadzony jest szlak. Wreszcie wchodzimy w las, w którym jest bardzo dużo jagód. Objadamy się nimi trochę i ruszamy dalej. Ciągle pniemy się w górę. Jedynym pocieszeniem jest śliczna pogoda. Wysoko w górach będziemy mieć śliczny widok. Wychodzimy z warstwy drzew i idziemy po otwartym terenie. Słońce troszeczkę dokucza, ale da się wytrzymać. Wreszcie dochodzimy do stacji meteorologicznej. Jest cudownie umiejscowiona. Polana na której się znajduje jest z trzech stron osłonięta wysokimi wzniesieniami skalnymi pokroju Tatr. Miejsce jest niemal identyczne do naszego ,,Morskiego Oka’’. Na środku polany znajduje się małe oczko wodne, wokół oczka pasą się źrebaki. Jest tu naprawdę wspaniale. I pomyśleć, że w tej chwili nad polskim Morskim Okiem znajduje się tysiące turystów, a tutaj nie ma żywej duszy. Góry są tylko dla nas. Wspinamy się dalej. Teraz czeka nas tylko długie strome podejście i Pietrosul będzie nasz. Po drodze dostrzegamy pasące się na resztkach śniegu stado kozic. Idziemy dalej. Spotykamy trójkę rumuńskich turystów, których częstujemy czekoladą. Odwdzięczają się nam wspaniałą nalewką ,,Palinca de Bihor”, która bardzo nam zasmakowała. Idziemy dalej. Już za chwilę szczyt. Przybyło trochę chmur. Wspinamy się granią i wreszcie naszym oczom ukazuje się budka, która oznacza, że znajdujemy się na Pietrosulu. Wreszcie. Gdy podchodzimy bliżej ze środka wypada przestraszony świstak. Robimy sobie kilka fotek i spadamy na dół. Decydujemy się schodzić inną drogą. Chwilę wylegujemy się wygrzewając na słońcu i pomykamy dalej. Po drodze mijamy znów bajeczne widoki. Wodospady spadające do ślicznych, czystych błękitnych oczek wodnych, w których chciało by się wykąpać. Jedyną przeszkodą jest ich niska temperatura. Robimy sobie zupki i idziemy dalej. Schodzimy do miejsca, gdzie spotykamy chatkę pasterską i pasące się krowy i owce. Nadal jednak jesteśmy wysoko w górach. W chatce mieszka dwóch pasterzy i mały chłopiec. Pytają się oczywiście o papierosy, ale nie mamy ich przy sobie. Mimo to zapraszają nas do środka i częstują świeżym serem z pysznym mlekiem. Aby nie być dłużnym dajemy małemu czekoladę i po zrobieniu pamiątkowego zdjęcia ruszamy dalej. Obiecujemy przysłać odbitki na adres który stary góral wykaligrafował nam z wielką trudnością na kartce papieru. Idziemy dalej. Trochę błądzimy, ale po pewnym czasie dochodzimy do Borszy. Tam zjadamy arbuza (ledwo) i idziemy w stronę naszego miejsca zamieszkania. Po drodze udaje się nam złapać stopa. Wsiadamy na odkrytą pakę samochodu i z sercem przy gardle próbujemy nie wypaść na zewnątrz. Pan kierowca zboczył z drogi i zaczął wjeżdżać w górę. Trochę się przestraszyliśmy, że wracamy skąd niedawno ledwo przyszliśmy, ale pan się zatrzymał, wysiadł zerwał małego kwiatka dał swojej kobiecie i pojechał na dół... Miał chłopak gest. Wreszcie dowiózł nas do naszej kwatery. Gdy wysiedliśmy przepraszał nas bardzo, że jechaliśmy naokoło. A my głupi myśleliśmy, że zachce od nas jeszcze opłaty. Porządny człowiek.

A tym czasem reszta:

   Po porządnym wyspaniu się, spokojnym zjedzeniu śniadania kupujemy bilety na wyciąg i jedziemy do góry. Na górze próbujemy połapać się w terenie za pomocą „pseudo”mapy zdobytej w jednym z hoteli. Na próżno zaznaczone szlaki nie zgadzają się z rzeczywistością. Na szczęście pogoda jest piękna, a widoczność prawie doskonała. Na tej wysokości (ok. 1500m.) nie ma już lasów. Widać tylko pokryte łąkami góry, gdzie niegdzie skały. Na halach pasą się owce, kozy, konie, krowy (na tej wysokości!!!), rozrzucone są chaty paserskie. Wobec tak dobrej widoczności terenu postanowiliśmy iść na przełaj ustanawiając sobie jakiś widoczny cel. Na początku jednak postanowiliśmy trochę powspinać się na pobliskich skałkach, usytuowanych w pobliżu pokaźnego wodospadu. Droga do skałek prowadziła przez halę na której wypasało się spore stado owiec, chronione przez hordę psów wielkości owczarków podhalańskich. Omal nas nie pogryzły. Dochodzimy do skałek, Sęp wiąże linę, i próbujemy swoich sił we wspinaczce. Dla większości z nas to pierwsze wspinanie. Nie obyło się bez małych odrapań. Po 2 godzinach mamy dosyć i idziemy dalej po polu krzaków jagodowych niewygodnych do omijania, przy których pasą się krowy! Widzimy przed sobą masywną, płaską na górze górę ... przyozdobioną szeregiem skałek. Na płaskim szczycie znajdujemy oczko wodne. Przyrządzamy jedzonko – mimo, że robimy zupki instant, wodę gotujemy ponad 15 minut, martwe oczko wodne nie budzi w nas zaufania, a własnych zapasów wody mamy niewiele. Po posiłku kierujemy się w stronę następnej, wyższej góry. Po drodze znajdujemy jakiś szlak, którym dalej idziemy. „Pseudo”Mapa zaczyna pasować do terenu. Postanawiamy dojść do ...

Kiedy jesteśmy już na szczycie stwierdzamy że musimy już wracać – skończyła się woda i czekolada. Z góry z wyschniętymi ustami przyglądamy się szerokim strumieniom przecinającym sąsiednią halę. Na pobliskim szczycie wypatrujemy trzech turystów. Idziemy tam. Po chwili rozmowy na migi i łamanym angielskim wypatruję znajome słowa w ich książce. To Czesi. Przechodzimy na polski i czeski. Oni idą trasą taką jaką my pierwotnie planowaliśmy, lecz w odwrotnym kierunku, wybierają się ma Pietrosula. Pytają nas o wodę, też mają deficyt. Martwimy ich przymusem schodzenia w dół po wodę. Żegnamy się. Zaczynamy wracać. Brak ścieżki. Najpierw idziemy granią, ale po niedługim czasie zaczynamy zbiegać (przymusowo) po stromym zboczu. Na dole na hali umykamy przed pędzącym na nas stadem owiec i kóz. Podchodzi do nas pasterz, uśmiechnięty, bezzębny, zniszczony człowiek, Z wszystkimi chce się przywitać, podaje dłoń z mocno popękaną skórą. Na głowie ma czapkę uszatkę z kwiatkiem, na nogach gumiaki wypełnione chrustem. Pyta nas o „cigarety” lub „kafe”. Rozkładamy ręce. Papierosy zostawiliśmy na dole, ale ostały nam się jeszcze zupki w proszku. Instrukcja co prawda po polsku, ale są rysunki z czajnikiem – czy ten człowiek widział w swoim życiu czajnik?

W drodze powrotnej mijamy jeszcze parę pastwisk, uciekamy przed psami, oglądamy chatę pasterską z wywieszonymi na werandzie workami z dojrzewającym serem.

Dzień dziesiąty (20.07) , poniedziałek

Dziś mamy jechać dalej, aby zwiedzić inne rzeczy w Rumunii. Jednak to co sobie zaplanowaliśmy skończyło się w jednej chwili. Ziemowitowi zaginął paszport z pieniędzmi. Po całodniowym poszukiwaniu zguby składamy się na niego, Żabę i Yeti i wracamy do Polski. Szkoda. Mała z Radem   jadą stopem w kierunku węgierskiej granicy do przejścia w Satu Mare. Reszta łapie stopa w stronę Vatra Dornei. W ... zjadamy po soczystym kotlecie w przydworcowej knajpie i wsiadamy w pociąg do Suczawy

Na miejscu rozdzielamy się: Żaba, Yeti i Ziemek jadą do Bukaresztu, Sęp, Smerf, Dorota i Paweł wracają do Polski.

 

Sęp, Smerf, Dorota i Paweł:

Z dworca kolejowego bierzemy taksówkę na dworzec autobusowy. Kierowca ostrzega nas, że jest tu bardzo niebezpiecznie. Szczególnie dla turystów i zwłaszcza o tej porze. Dziękujemy za rady i czekamy na autokar do Polski. Jest strasznie duszna noc. W autobusie nie ma wolnych miejsc. Czekamy dalej. W mieście jest gorąco. Nie tylko z powodu upałów, ale ze względu na elementy których tutaj sporo się przetacza. Nad wszystkim panuje, jak mamy nadzieję policja, która przechadza się z kałasznikowami na plecach. Obok nas rozkłada się pełno Ukraińców z tobołami. Jest zajebiście. W międzyczasie wydajemy nasze ostatnie leje i wykupujemy prawie cały sklep ze słodyczy i alkoholu.

Wreszcie przyjeżdża autokar. Dojedziemy nim na Ukrainę do Cernovcy, a potem zobaczymy co dalej.

Dzień jedenasty (21.07) , wtorek

Przebudzam się na chwilkę w autokarze. Przez półotwarte oczy widzę jak jeden z handlarzy ukraińskich zbiera od wszystkich dolary na łapówkę. Od nas oczywiście nie bierze. Dzięki temu odprawa przebiega bardzo sprawnie. Natomiast na stronie Ukraińskiej znów jeden wielki burdel. Znów trzeba wykupywać pieprzone ubezpieczenia. Wszystko robi jedna pani, która już nie ma siły nic pisać. A przed jej okienkiem stoją całe tłumy. Wreszcie udaje się nam, tego dokonać i po sprawdzeniu paszportów ruszamy dalej. Wysiadamy w Cernovcach. Jest cholernie upalnie. Wymieniamy dolce na grzywny i idziemy na dworzec kolejowy. Tymczasem Dorota z Sępem jadą znów na dworzec autobusowy aby sprawdzić połączenie do Polski. Okazuje się, że pojedziemy autokarem do Lwowa. Zachodzimy jeszcze do sklepu. W większości są tam alkohole. Zobaczyliśmy w lodówce jogurty. Lecz gdy chcieliśmy je kupić, pani poinformowała nas, że są przeterminowane. Objadamy się jakimś chlebem i idziemy na dworzec. Wsiadamy do autobusu. Jest w nim cholernie gorąco. Szyby nie chcą się otworzyć. Jeśli mamy w taki upał tłuc się nim przez całą Ukrainę, to ja dziękuję. Wreszcie ruszamy. Następne godziny to katorga. Nie wiem jak to wytrzymaliśmy. Tuż przed samym Lwowem złapaliśmy awarię koła, i przez to jechaliśmy bardzo wolno. Ale nareszcie dojechaliśmy. We Lwowie pakujemy się w autokar do Przemyśla. Autokar jest zapchany. Ale tylko my jesteśmy turystami. Reszta to sami przemytnicy. Początkowo oferują nam, przemyt papierosów, bo jak mówią nas Polaków nie sprawdzą. Stanowczo protestujemy, ale i tak się boimy, czy przypadkiem nie wpakują nam coś do plecaków. Pan kierowca jest bardzo zaangażowany w przemyt. Pomaga Ukraińcom chować po różnych zakamarkach różne dziwne rzeczy. Głupio jest nam na to wszystko patrzeć. Kobiety na przykład podwiązują sobie pod długimi spódnicami całe kartony papierosów. Mam ochotę jak najszybciej znaleźć się już w kraju. Jedziemy. Pierwsza odprawa. Ukraińcy są bardzo nieufni. Długo przeglądają nasze paszporty. Zadają nam dziwne pytania. Jest to bardzo stresujące. Wypisujemy znów deklaracje. Nie mogą uwierzyć, że mamy tylko kilkanaście dolarów. Wreszcie Polska odprawa. Nasi pogranicznicy wyrzucają wszystkich z autokaru wraz z bagażami i robią wszystkim rewizję. Teraz dopiero widać co nasi towarzysze podróży mieli w swych tobołkach. Papierosy w pudełkach po żarówkach itp. Staliśmy na samym końcu i to co widzieliśmy bardzo nas stresowało. Teraz my. Poszedłem na pierwszy ogień. Celnik spytał się co mam, ile alkoholu i otworzył mi jedną kieszeń. Nie mógł zrozumieć że to małe niebieskie pudełko to butla gazowa. Brakowało tylko tego aby ją otworzył. Potem długo przyglądał się moim pamiątkowym kamieniom, aż wreszcie dał nam spokój. A więc wreszcie w kraju. Koniec wyjazdu. Koniec stresu z przekraczaniem tych cholernych granic. Na drugi dzień rano jesteśmy już w Warszawie.

 

A tym czasem  Żaba, Yeti i Ziemek:

Kiedy wysiadamy na dworcu kolejowym w Suczawie jest około 23. Jadąc pociągiem dzięki pomocy uczynnego konduktora ustaliliśmy że mamy nie całe 15 min. na kupno biletów i przesiadkę. Ledwo się wyrabiamy. Jesteśmy zmęczeni zdarzeniami dzisiejszego dnia, do Bukaresztu jest pare godzin, można się zdrzemnąć. Spokój zakłóca kontrola biletów. Wsiedliśmy w niewłaściwy pociąg. Ten jedzie do Bukaresztu ale to „rapid” (ekspres), a nie „akcelerat” (pośpieszny) na który mamy bilety. Okazuje się, że odjeżdżały prawie równocześnie, a przy wsiadaniu należy kierować się numerem pociągu a nie kierunkiem jazdy. Wszystko to wyjaśnił nam przyjazny konduktor posługując się książka z obrazkami. Na szczęście zlitował się nad nami i nie kazał nam płacić kary, a wysadził nas w ... Roman i kazał czekać na nasz pociąg. Doczekaliśmy się go około 3 nad ranem.

Dzień jedenasty (21.07) , wtorek

O 9 rano wysiedliśmy na Bukareszteńskim dworcu Gara de Nord, i skierowaliśmy kroki do polskiego konsulatu. W konsulacie spotkaliśmy bardzo miłych urzędników, którzy chętnie służyli nam pomocą, zamiast zadawania zbędnych pytań od razu wzięli się do roboty. Wskazali nam jak mamy dojść do wszelkich potrzebnych urzędów, fotografa, ile mamy na to czasu by nie utknąć na parę dni w Bukareszcie. Po zostawieniu bagażu w konsulacie, pobiegliśmy do fotografa. Krótki błysk flesza polaroida na tle słupa w sklepie i już mamy zdjęcia potrzebne do paszportu. Dalej nie będzie tak łatwo. Tymczasem w konsulacie napisano po rumuńsku list do komisariatu policji dworcowej z prośba o potwierdzenie skradnięcia paszportu na dworcu. Biegniemy na dworzec. Temperatura powietrza podobno 44° C. Pojawia się mały problem .Na dworzec nie można wejść bez ważnego biletu. Jakoś się prześliznęliśmy. Znaleźliśmy komisariat i tu „zaczynają się schody”. Teraz uświadamiamy sobie jak głupim pomysłem byłoby zgłoszenie zgubienia paszportu na policji w Borszy, co wcześniej rozważaliśmy. Najpierw mam trudności ze zwróceniem na siebie uwagi siedzącego za okienkiem policjanta. Wygląda na bardzo zajętego. Co chwila zgłaszają się do niego jacyś ludzie. W końcu postanowiłem stać przy okienku do skutku. Odezwał się do mnie. Nie rozumie po angielsku. Wręczam mu list z konsulatu i wypowiadam zasłyszane jeszcze w Borszy słowa „pasaport pierdut” (zginął paszport). Nie bardzo rozumie. Zawołał szefa. Dogadać się z szefem pomaga mi dworcowy cwaniak wydający się znać kilka słów po angielsku. Policjant każe mi dzwonić do ambasady. Telefony są na karty, ale karty nie można nigdzie kupić. Czas leci a my musimy zdążyć przed drugą do urzędu „Politja Frontiera”, bo inaczej klapa, przymusowe dwa dni w Bukareszcie. Z pomocą przychodzi nam ten sam cwaniak co na komisariacie. Pożycza nam kartę, Numer telefonu z przewodnika nie działa. Rumun wykręca numer informacji, zdobywa numer konsulatu, dzwoni. Konsulat obiecuje zadzwonić na komisariat. Na komisariacie odbierają telefon, sprawy zaczynają posuwać się do przodu, piszą protokół, jest szansa że zdążymy na czas, gdy... policjant zauważa, że na liście z konsulatu godzina kradzieży to 17.00 podczas gdy właśnie dochodzi 12.00. Nie pomaga tłumaczenie że to pomyłka. Żaba biegnie do konsulatu naprawić błąd. Jest piekielny upał. Trwa walka z czasem. Przed pierwszą wraca. Na komisariacie wypisują protokół. Zostało niecałe 45 minut do zamknięcia „Politja Frontiera”. Biegnę ile sił do urzędu, gubiąc dwa razy drogę w obcym mieście. Pot zalewa oczy. Znalazłem urząd. Zostało około 15 minut do zamknięcia. Stoję w kolejce wśród wielonarodowościowego tłumu cudzoziemców. Po paszportach odgaduję narodowości: Niemcy, Francuzi, Amerykanie, Izraelczycy, Hindusi, Chińczycy!!! Co oni u diabła tu robią? Czy też zginęły im paszporty? Pomieszczenie obskurne, brudne ściany wyłożone dyktą, na suficie wisi stary wentylator, na jednej ścianie małe okienka, cześć zasłonięta dyktą. Między nimi tekturowe pożółkłe tablice z napisami po rumuńsku, angielsku, francusku wykonanymi flamastrem. W jednym z okienek urzędnik poliglota. Chwilę rozmawia z nim Francuz, potem ja po angielsku, następnie Chińczycy po chińsku. Mam wrażenie pobytu w jednym z południowoamerykańskich państw. Pozytywne wieści, wizę otrzymam jeszcze dzisiaj po przerwie pracy urzędu, jeszcze tylko muszę kupić znaczki skarbowe w innym urzędzie. Żaba i Yeti odnajdują mnie i idziemy połazić po mieście. Nie wsiadamy do żadnych środków komunikacji, w konsulacie ostrzeżono nas, że strasznie kradną. Staramy się obejrzeć Bukareszt na piechotę. W pobliżu Uniwersytetu napotykamy na targowisko gdzie można kupić ciekawe mapy. Niestety mamy resztki lei, a dolarów nie chcemy już wymieniać – planujemy szybko opuścić Rumunię. Wracamy po przerwie do urzędu „Politja Frontira”. Otrzymuję wizę wyjazdową w tymczasowym paszporcie. Na wyjazd mam 5 dni. A zatem nie musimy się, aż tak spieszyć. Odbieramy bagaże z konsulatu i kupujemy na dworcu bilety kolejowe do jakiejś najbliższej stacyjki w górach – trzeba się, gdzieś przespać, a Bukareszt jest z pewnością dla nas za drogi. Wybraliśmy jedną ze stacyjek w kierunku na Braszów z przesiadką w Ploeszti. Tuż przed odjazdem do naszego przedziału wtargnął żebrak na klęczkach. Właśnie otworzyliśmy ostatnią paczkę z kiełbasą, na którą w taki upał nie bardzo mieliśmy ochotę. Żebrak podziękował nam wylewnie po rumuńsku (prawdopodobnie życzył nam wszelkiej pomyślności, choć wyglądało to trochę jakby się do nas modlił), przegryzł kiełbasę i zadowolony zawołał „paine” (chleba).

Jak już wspomniałem mieliśmy zamiar pojechać w kierunku Braszowa (Brasov) i przespać się w górach. Jednak Żaba wpadł na pomysł że moglibyśmy odwiedzić wąwóz Bicaz (wcześniej planowany) skoro mamy kilka dni w zapasie. Było to parę minut przed przesiadką w Ploeszti – na kupno nowych biletów nie mieliśmy już lei. Na szczęście (?) zauważyliśmy konduktora mówiącego po angielsku, który pomógł nam wcześniej w przesiadce w Suczawie. Liczyliśmy na możliwość przekupienia. Nie wysiedliśmy w Ploeszti, a pojechaliśmy dalej w kierunku Suczawy by wysiąść w Bacau. Przeliczyliśmy się . Znajomy konduktor miał niestety cały przedział kolegów. Krakowskim targiem udało się nam zachować dolary i ocalić resztki lei. Za to musieliśmy wysiąść na najbliższej stacji. Był to Mizil – małe miasteczko, gdzieś pośrodku równiny, otoczone polami kukurydzy. Temperatura nie spadła poniżej 30° C. Jest parę minut po24, najbliższy pociąg przyjedzie około 5. Zresztą i tak nie stać nas na bilety. Rozglądamy się za noclegiem. Pierwszy pomysł – przespać się na dworcu. Zniechęcają nas do tego kręcący się bezdomni oraz bliskość knajpy z której wydobywają się hałasy. Postanawiamy poszukać jakiegoś lasu. Początkowo idziemy wzdłuż torów, potem skręcamy i idziemy asfaltówką. Noc jest gwiaździsta. Po horyzont widać pola i pastwiska i ani kawałka lasu. Sfrustrowani skręcamy wprost na pole kukurydzy. Ma około 1,5m. wysokości. Skradamy się po cichu by nikt nas nie zauważył. Rozkładamy karimaty i próbujemy zasnąć.

Dzień dwunasty (22.07) , środa

Budzą nas odgłosy dochodzące od strony szlabanu na przejściu kolejowym. Obok nas przejeżdżają furmanki i samochody. Oby nas tylko nie zauważyli. Zbieramy się, wyczekujemy na przerwę w ruchu i szybko wyskakujemy na drogę. Tam formujemy szereg i maszerujemy jak gdyby nigdy nic. Dochodzimy do stacji. Pieniędzy starczyło nam jedynie na bochenek chleba. Jemy zakupionego dzień wcześniej melona. Zaczepia nas dworcowy bezdomny. Oddajemy mu ostatnią przeznaczoną na prezenty paczkę papierosów. Wygląda na zadowolonego, lecz po paru minutach wraca z prośbą o melona. O nie tego już za dużo. Wynosimy się stąd. Postanawiamy jechać autostopem. Żeby złapać stopa musimy wyjść z miasteczka. Z nieba znowu wali żar. Nabieramy wody do butelek i idziemy. Po drodze cały czas pijemy i oblewamy głowy wodą. Łapiemy stopa. Jedziemy kawałek na pace. Później łapiemy terenowego Aro, który co prawda nie podwozi nas daleko, ale podczas postoju na przejściu kolejowym załatwia nam następnego przewoźnika, wygrażając mu żeby przypadkiem nie brał pieniędzy od polskich studentów. Potem łapiemy jeszcze parę Romanów (rumuńskich ciężarówek), samochodów bardzo specyficznych – prawie wszystkie miały nadtłuczoną przednią szybę, a kierowcy jechali na czuja, jako że żadne wskaźniki na desce rozdzielczej nie działały. Takim to sposobem, w niesamowitej spiekocie mijając koryta prawie całkowicie wyschniętych rzek, poprzez Buzau, Fokszany, Adjud dotarliśmy do Bacau. Tam wymieniliśmy trochę dolarów i nauczeni doświadczeniem, że w środku miasta złapać nic się nie da, kierowaliśmy się na peryferie. To było spore miasto. Szliśmy, szliśmy i szliśmy. Po pokonaniu około 5 km próbowaliśmy jednak coś złapać. O dziwo zatrzymała się Dacia. Pokazaliśmy kierowcy, że chcemy dojechać do Piatra-Neamt (ponad 30km), a ten nie otwierając bagażnika kazał nam się zapakować do środka z naszymi plecakami. Ruszył z kopyta, i skręcił w uliczkę pod prąd, zaczął trąbić, wszyscy zjeżdżali mu z drogi, to samo zdążyło się na następnej ulicy. Wreszcie stanął. Otoczyło nas kilku typków. Kierowca spytał ich o coś i wskazał żebyśmy się przesiedli do drugiego samochodu. Zorientowaliśmy się że chcą nas przewieść za pieniądze. Zdecydowanie odmówiliśmy. Trwała krótka sprzeczka, powtarzaliśmy „No money”, chcieli rekompensaty za podwiezienie. W końcu dali spokój. Najedliśmy się trochę strachu. Nie wiedzieliśmy w której części miasta jesteśmy. Pare kroków dalej udało nam się złapać Romana, którym dojechaliśmy do Piatra – Neamt. Kierowca zażądał 10.000lei (około 1,2$). Trudno zapłaciliśmy. Było już późno. Zastanawialiśmy nad kupnem biletów do Bicaz. Zaczepiał nas miejscowy taksówkarz: Can I help you? No, thanks. Wreszcie złapaliśmy Romana, z młodym kierowcą, który próbował być miły, choć miał trudności z pokonaniem bariery językowej. Gestykulując pokazał nam że nie lubi Cyganów, za to cała drogę puszczał nam muzykę Modern Talking. Planowaliśmy spędzić noc nad zalewem koło zapory w Bicaz. Okazało się, że kierowcy pasuje ta droga. Jednak zrobił wielkie oczy gdy około 23 poprosiliśmy by nas wysadził na brzegu zalewu między dwiema wioskami, gdzie nie było nic, prócz kawałka lasu i drogi na stromym zboczu. Rozejrzeliśmy się za jakimiś krzakami, rozłożyliśmy karimaty i poszliśmy spać.

Dzień trzynasty (23.07) , czwartek

Wstaliśmy późno. Okazało się że nocowaliśmy pod czyjąś bramą, a do zalewu jest kawał drogi. Nad zalewem zrobiliśmy sobie jedzonko, wykąpaliśmy się, upraliśmy co trzeba i byczyliśmy się do 17. Wreszcie zaczęliśmy łapać stopa, ale niestety droga była mało uczęszczana. Zabraliśmy się autobusem do Bicaz. Tam spróbowaliśmy rumuńskich racuchów. Było już po 19. Zaczęliśmy machać. Podszedł do nas miejscowy typek z wygolona głową i próbował wytłumaczyć że tu nic nie złapiemy. Zastanawialiśmy się nad wyprawą na piechotę do wąwozu (Bicaz). Tymczasem zatrzymała się niebieska furgonetka. Kierowca młody i bardzo miły okazał się mówić płynnie po angielsku. Na wieść o tym, że planowaliśmy zwiedzić wąwóz oświadczył, że on ma dużo czasu i jak tylko gdzieś będziemy chcieli się zatrzymać, podziwiać to mamy mu powiedzieć. Kierowca okazał się bardzo rozmowny. Siedzieliśmy we trójkę na siedzeniu za jego plecami a on próbował z nami rozmawiać odwracając się tyłem do kierownicy. Obawialiśmy się, że daleko w ten sposób nie zajedziemy wąską, krętą drogą w wąwozie, więc Yeti czym prędzej przesiadła się do przodu (najlepiej z nas zna angielski). Tymczasem podziwiamy wąwóz z jego dna. Przepiękne widoki. Szkoda tylko, że powoli zaczyna się ściemniać. Zatrzymujemy się kilka razy zrobić fotki. Kierowca zawozi nas nad jezioro z którego lustra wody wystają setki pni i kikutów. Jezioro Czerwone (diabelskie) powstało przez zatamowanie odpływu rzeki z doliny przez olbrzymią skałę. „Las” w jeziorze świadczy o tym, że musiało to nastąpić całkiem niedawno. Zapada noc. Ruszamy w dalsza drogę. Wąwóz Bicaz a z nim Karpaty zostawiamy za sobą. Zbliża się północ, a my rozmawiając z kierowcą wjeżdżamy do Transylwanii. Zatrzymujemy się na posiłek. Kupujemy żarcie w przydrożnym sklepie z pomocą kierowcy – ludzie w Transylwanii mówią po węgiersku, a on jest z pochodzenia Węgrem. Rozmawiamy o tym, że zarówno on jak i my mieliśmy okazję uciec samochodem z wszystkimi rzeczami. Zabawne, że przebywamy ze sobą parę godzin a darzymy się takim zaufaniem. Dalej droga z asfaltowej zamienia się w ziemię na której wala się duża ilość kamieni, które rytmicznie uderzają w naszą karoserię. Teraz już wiem dlaczego tyle tutejszych samochodów ma potłuczone szyby. Jedziemy drogą praktycznie sami. Nagle ni stąd ni zowąd zatrzymuje nas policja. Próbują się do czegoś przyczepić, ale nasz samochód to na tutejsze warunki istny cud techniki, całkowicie sprawny Renault. Kierowca trochę na nich klnie. Jedziemy dalej. Kierowca jest już zmęczony, colę popija kawą. Yeti i żaba idą położyć się na tył samochodu, a ja przesiadam się do przodu pilnować żeby kierowca nie zasnął. Droga nadal w tragicznym stanie, samochodem trzęsie na wszystkie strony, deszcz kamieni wali w nasze podwozie, światła reflektorów przebijają się przez mgłę. Czuję się jak w transie. Nagle przed nami przebiega szczur. Chyba szczur? Tak dojeżdżamy do Cluj – Napoca. Przejechaliśmy jednym samochodem ponad 300 km. Kierowca proponuje nam, że nas przenocuje. My stanowczo odmawiamy, przysporzyliśmy mu i tak sporo trudu. Wysadza nas na przedmieściach przy trasie wylotowej w kierunku Oradea’i. Jest tu miła trawka i glinianki. Mineła 4.00. Żegnamy się, rozbijamy namiot i idziemy spać.

Dzień czternasty (24.07) , piątek

Wstajemy przed południem. Okazuje się, że rozłożyliśmy się nieopodal jakiegoś blokowiska, a nad pobliskie glinianki ciągną tłumy. Szybko się poskładaliśmy, skorzystaliśmy z dobroci, kąpieli w gliniance. Znowu robiło się gorąco. Po zaopatrzeniu się w pobliskim warzywniaku w apa i paine ruszyliśmy w dalszą drogę. Zmierzaliśmy do Oradea’i. Pierwsze 20km od Cluj przejechaliśmy bez problemu. Potem „zaczęły się schody”. Ponad dwie godziny machaliśmy, machaliśmy i machaliśmy. Opanowało nas takie znużenie ,że aż Yeti zasnęła. Kierowcy w pierwszej kolejności brali miejscowe, wymalowane panienki. Wreszcie trafiła się okazja. Całkiem zdezelowana Dacia dodatkowo obciążona przyczepką ze słomą. Niepewnie umieściliśmy nasze plecaki do przyczepki. Po drodze zerkaliśmy czy jeszcze się nie urwała. Kierowca o typowo bałkańskim wyglądzie szczerze się do nas uśmiechał. Całą drogę puszczał na „cały regulator” coś co przypominało skrzyżowanie disco z ludową muzyką bałkańską. Tak, drogą wijącą się między wzgórzami dojechaliśmy do Oradea’i. To dość duże miasto, pełne zabytków wyraźnie różne od tych, które widzieliśmy na wschodzie Rumunii. Po obejrzeniu zabytkowego centrum, rozglądamy się za dojazdem do przejścia granicznego. Po zaczerpnięciu informacji, jedziemy „na gapę” tramwajem na rogatki miasta, mijając po drodze stare fabryki. Wysiadamy na pętli. Okazuje się, że do przejścia jest jeszcze z 5 km. Machamy bezskutecznie na przejeżdżające samochody. W pobliżu kręci się młody taksówkarz, mówiący chyba po węgiersko – rumuńsku, w każdym razie nie możemy go zrozumieć. Za którymś podejściem ostatecznie zgadza się zawieść nas na przejście za resztki naszych lei – sumę wręcz symboliczną. Na granicy strażnik przygląda się podejrzliwie mi i mojemu tymczasowemu paszportowi. Zadaje szereg pytań. Na szczęście rozumie po angielsku. Wreszcie mnie puszcza. Tymczasem zapada ciemność. Po stronie węgierskiej stoi wielokilometrowy „sznur” TIR-ów. Zaglądamy do przygranicznego sklepu. Ekspedientka jednak nie wie o co nam chodzi, kiedy prosimy o apa. Yeti stawia sprawę jasno – ona się stąd nie rusza dopóki nie kupimy lodów. Wymieniamy trochę forintów, a po kupieniu lodów ekspedientka łatwiej zrozumiała, że potrzeba nam trochę wody. Spotykamy Polaka, takiego co to wszystko w Rumunii widział już dawno. Uświadamia nam, że do najbliższej miejscowości jest kilkanaście kilometrów, a do najbliższych zarośli około 4. Idziemy wzdłuż drogi, po której kręcą się wśród TIR-ów kierowcy. Przeszliśmy od przejścia około 400 m. i zdesperowani skręciliśmy nagle w kierunku pól. Zaczynało padać. Rozejrzeliśmy się i daliśmy susa w gąszcz blisko 2,5 metrowej kukurydzy. Mieliśmy już na tym gruncie pewne doświadczenie. Tym razem nie obyło się bez wykarczowania małego poletka pod namiot. Deszcz przybierał na sile. Na dodatek rzuciły się na nas setki komarów. Uwijaliśmy się jak w ukropie, nie bacząc na to że jesteśmy w pasie przygranicznym. Po zapakowaniu się do namiotu byliśmy już mokrzy i nieźle pogryzieni. Przed zaśnięciem wytępiliśmy komary wewnątrz namiotu. Tej nocy obudził mnie wspinający się po mnie Żaba? – jak tłumaczył, śniło mu się, że przechodzi przez płot.

Dzień piętnasty (25.07) , sobota

Obudziliśmy się rano. Okazało się, że kukurydza jest tak wielka, że nie sposób nas dojrzeć z zewnątrz. Pospiesznie się złożyliśmy i niepostrzeżenie wróciliśmy na przejście graniczne. Tam udało nam się zabrać z parą staruszków terenową Toyotą. Dotarliśmy do jakiejś wioski przy drodze do Debreczyna. Zamachaliśmy. Zatrzymał się opel kadet, węgierska rejestracja. Zastanawiamy się jak tu dogadać się z Węgrem . Próbujemy po angielsku. Pokazujemy na mapie, że chcemy dojechać do Nyiregyhaza’y. Kierowca jest trochę zdezorientowany i pyta nas czy mówimy po angielsku. Okazuje się, że to amerykanin z Oklahomy, jest właśnie na wakacjach i jeździ wypożyczonym samochodem po Węgrzech. On też ma problemu z tutejszymi nazwami. Jesteśmy zgodni co do tego, że na takich nazwach jak Nyiregyhaza można połamać język. Amerykanin oczywiście jest bardzo rozmowny. Chwali się, że był w Polsce i na Ukrainie. Tak dojeżdżamy do Debreczyna. Znowu pojawia się problem pokonania dużego miasta. Decydujemy się na trolejbus „na gapę” – forintów u nas brak. Na wylotówce w kierunku Nyiregyhazy łapiemy okazję i stopniowo posuwamy się w kierunku granicy ze Słowacją. Łapiąc kolejne okazje natykamy się na sympatycznego motocyklistę, który pokazuje nam, że nie ma jak nas wziąć ze sobą. Potem wyprzedzamy go i podczas łapania okazji pozdrawiamy go znowu. Dzieje się tak dwukrotnie. Motocyklista nie ukrywa zdziwienia. Łapiemy ładę prowadzoną przez Ukraińca, który zmierza do przejścia z Ukrainą. Zbaczamy trochę z wcześniej obranego kursu, ale wobec braku alternatywy postanawiamy zaryzykować. Przejeżdżamy przez Nyiregyhazę i wysiadamy gdzieś koło Kisvardy. Tam udaje nam się złapać bussinesmana w mercedesie, który jednak nie dowozi nas nawet do najbliższej wioski Cygand. Bussinesman informuje nas o powodziach w Polsce. Zastanawiamy się, czy jest tak źle jak w zeszłym roku. Tymczasem stoimy pośród pól na bezludnym terenie. Zaczyna się ściemniać. Nikt nie chce się zatrzymać. Mało kto tędy jeździ, a jak jedzie, to wypchany po brzegi wracającymi do Słowacji lub Polski urlopowiczami. Zaczynamy się rozglądać za miejscem na nocleg, ale niestety łąki dookoła są podmokłe. Wreszcie do Cygand zabiera nas wesoła panienka w trabancie jadąca na imprezę. Że też nie bała się takich obdartuchów. W Cygand łapiemy rajdowca w ładie. Kiedy pokazuje nam na migi, że za 10 minut będziemy w oddalonym o około 30km Sarospatak myślimy, że mu się coś pomyliło. Wyprowadza nas z błędu. Pusta szosa należy do naszego kierowcy. Jadaca środkiem drogi łada stopniowo się rozpędza i coraz bardziej drga. Siedzącemu z przodu Żabie niemal oczy nie wychodzą z orbit. Ja i Yeti obserwujemy zza ramienia kierowcy licznik. Wskazówka przekracza 160km/h. Na szczęście nic nie jedzie. Zakręt bierzemy zwalniając do 120. Odrobinę się spóźniliśmy, ale nie byliśmy bynajmniej z tego niezadowoleni. Ostatni odcinek węgierskiej podróży postanowiliśmy przejść na piechotę. Jednak po paruset metrach zabrał nas młody kierowca trabanta kombi. Kierowca usiłował się z nami dogadać na migi. Miał wyjątkowe zdolności mimiczne. Podczas jazdy próbował nas rozbawić wygłupiając się przy kierownicy. Po małym nieporozumieniu zawiózł nas na dworzec w Satoraljaujhely. Kiedy zapytaliśmy o przejście graniczne natychmiast nas tam zawiózł. Przejście do Slovenskie’go Noweho Miesta było bardzo niepozorne: Brak strażników, brama, furtka a przy niej niewielki domek. Przeszliśmy na druga stronę jak gdyby nigdy nic i rozglądamy się za strażnikiem. Wchodzimy do domku i pokazujemy paszporty. Strażnik oświadcza nam, że to przejście jest tylko dla Węgrów i Słowaków, a więc nie możemy przejść na Węgry. Wyprowadzamy go z błędu – my przychodzimy z Węgier. Strażnik tłumaczy nam, że musimy przejść przez oddalone o 4 km przejście międzynarodowe. Błaganiem przekonujemy go, żeby ostemplował nam paszporty tak jakbyśmy przeszli obsługiwanym przez niego przejściem kolejowym. Zgodził się, ale na pytanie o najbliższy kantor wskazał nam przejście międzynarodowe. Była noc, byliśmy zmęczeni, ale cóż trzeba drałować. Na przejściu kupiliśmy korony i zaczęliśmy wracać. Rozpadało się, a my byliśmy bardzo głodni. Rozgościliśmy się w starej budce na przystanku. Grzaliśmy sobie jedzonko, a tym czasem ulewa się wzmagała. Dookoła nas potężnie błyskało, a my siedzieliśmy w metalowej budce z wybitymi szybami pośród pól bez jednego drzewa. Uwinęliśmy się z jedzeniem, ale tym czasem Żaba postanowił przepakować plecak. Na szczęście walące dookoła pioruny postanowiły nas ominąć. Wróciliśmy wyczerpani na stację kolejową. Do odjazdu pociągu do Koszyc pozostało jeszcze ponad dwie godziny. Rozłożyliśmy się na stacyjnej podłodze. Obudził nas żołnierz sprawdzający dokumenty – chyba wziął nas za bezdomnych. Okazane paszporty wystarczyły, żeby się podczepił. Pociągiem dojechaliśmy do Koszyc, gdzie przesiedliśmy się na inny do Presov’a.

Dzień szesnasty (26.07) , niedziela

W Presov wsiedliśmy do polskiego pociągu do Warszawy przez Muszynę. W Muszynie spotkała mnie niespodzianka. Pogranicznik na widok mojego paszportu stwierdził „kurza twarz!!!, pan pozwoli ze mną”. Po sprawdzeniu mojej tożsamości i odebraniu mi tymczasowego paszportu puścił mnie wolno. Niestety pociąg w którym siedzieli Yeti i Żaba już odjechał. Tak oto przymusowo spędziłem parę godzin w Muszynie. Czułem się trochę nieswojo wśród wczasowiczów będąc brudny i zmarnowany. Późnym wieczorem wysiadłem z pociągu w Warszawie, myśląc tylko o tym kiedy zanurzę się w wannie.

spisali: Smerf & Ziemek

mapa Rumunii

Przewidziane jest ubarwienie tego tekstu wieloma fotkami

under IN00722_.gif (2298 bytes)construction

powrót do początku


powrót do strony głównej